Między kołchozem a postmodernizmem
Gdybym miał za pomocą jednego pojęcia scharakteryzować sytuację współczesnego pisarza białoruskiego, powiedziałbym, że jego podstawowym doświadczeniem egzystencjalnym jest schizofrenia. W swoim kraju nie może mówić tego, co chce, a często nawet publikować w ojczystym języku. Jeśli nie jest stronnikiem prezydenta Łukaszenki, może trafić nie tylko na indeks, ale i do więzienia. Jest proeuropejski i prozachodni, ale Europa i Zachód nie interesują się tym, co ma do powiedzenia. Nawet jeśli jest znakomitym pisarzem.
Nic dziwnego zatem, że w twórczości białoruskich pisarzy nowej generacji często pojawia się motyw wykluczenia i rozgoryczenia postawą Zachodu. Nie przypadkiem – wydaną przez olsztyńską Borussię – antologię białoruskiej prozy Białoruś. Kraina otoczona wysokimi górami (2004) otwiera Wykład noblowski. Esej Ilii Sina, będący zapisem fikcyjnego przemówienia do szwedzkich akademików, to podszyty drwiną opis Białorusi, która jawi się tu jako współczesna Ultima Thule. Kraj zaludniony przez półdzikich tubylców mieszkających w chatach zbudowanych z popiołu zmieszanego z ludzkimi włosami, których podstawą diety są karaluchy i kruki. Montypythonowski ton to tylko przykrywka, bo Wykład noblowski to manifest odrzuconych, wołających o zrozumienie.
O współczesnej literaturze białoruskiej nie można mówić bez uwzględnienia kontekstu politycznego. Białoruś to ostatnie totalitarne państwo w Europie, rządzone na wzór sowiecki przez nieobliczalnego satrapę, który zachowuje się tak, jakby jego głównym celem (oprócz dożywotniego sprawowania władzy) było wynarodowienie rodaków i utrzymanie swojego kraju w roli postimperialnej resztówki.
Aleksander Łukaszenko uważa język białoruski za szkodliwy relikt zacofania, niegodny epoki szerokopasmowego Internetu, iPhone’ów i samochodów na biopaliwa. Zdaniem wąsatego prezydenta, lingua bialorutenica to język ułomny, który nie jest w stanie wyrazić wyższych treści, do czego świetnie, jego zdaniem, nadaje się rosyjski. Pierwszy hokeista posługuje się więc prawie wyłącznie ruszczyzną, i żelazną ręką nakłania do tego obywateli. Choć białoruski ma status oficjalnego języka państwowego, jest rugowany ze szkół, uniwersytetów i mediów, a niezależni pisarze i artyści wierni białoruszczyźnie trafiają na indeks. W pewnym sensie naturalną koleją rzeczy białoruski stał się więc językiem demokratycznej opozycji i postępowej inteligencji.
Strach prezydenta
Dlatego Łukaszenko panicznie boi się pisarzy. Kilka lat temu za opublikowanie w małym opozycyjnym piśmie, wychodzącym w Witebsku w nakładzie 300 egzemplarzy, prowokacyjnego wiersza Zabić prezydenta poeta Sławomir Adamowicz trafił do więzienia. W efekcie wyemigrował do Skandynawii. Ludzie prezydenta próbowali skłócić środowisko. Utworzono koncesjonowany przez władze związek literatów, którego członkowie mogą liczyć na lukratywne kontrakty z państwowymi koncernami wydawniczymi i dystrybucję swoich książek w całym kraju. Faktem, że te produkcje zalegają potem na księgarskich regałach, nikt się specjalnie nie przejmuje. Z odsieczą – przeciw nieubłaganej ręce rynku – zawsze mogą pośpieszyć bibliotekarze, odgórnie wcześniej pouczeni, jakie tytuły należy kupować i promować wśród czytającej publiczności.
Wzorem innych satrapów, Aleksander Łukaszenko sam instruuje twórców, o czym mają pisać. Korzysta przy tym ze sprawdzonych wzorców. Na spotkaniu z intelektualistami i artystami potrafi przemawiać bez przerwy nawet kilka godzin, jak Fidel Castro, a przy tym peroruje z emfazą niczym Lenin z samochodu do robotników w Piotrogrodzie. Przesłanie prezydenta jest proste: autorzy mają sławić kraj, jego osiągnięcia oraz przyrodę i pisać realistycznie (w sensie formalnym), odwołując się do wyrywkowo pojmowanej tradycji. Zgodnie z tą wykładnią pamięć białoruskiego literata musi być nie tyle wybrakowana, ile ideologicznie czujna. Groteskowy opis tej sytuacji można znaleźć w fantastycznym opowiadaniu Order białej myszy autorstwa Uładzimira Arłou. Fabuła traktuje o widmowej monarchii, lecz aluzje do rządów Łukaszenki są oczywiste.
Literat z Mińska czy Grodna nie może więc pisać o niepodległościowym fermencie, który ogarnął część jego rodaków w latach 20. ubiegłego stulecia, ani o pozytywach współżycia Polaków i Białorusinów w jednym państwie, nie mówiąc już o problemie antysowieckiej partyzantki. Pomni oczekiwań prezydenta, członkowie reżimowego związku literatów forsują więc wzorce rustykalne i tematykę wojenną, na cepeliowską modłę opiewają piękno białoruskich nizin, bagien i puszcz oraz bohaterstwo żołnierzy i partyzantów walczących z nazistami. Co ciekawe, na związkowych „pisarzy-patriotów” przekwalifikowali się dawni autorzy socrealistycznych produkcyjniaków, jeszcze dwie dekady temu sławiący internacjonalistyczny komunizm sowiecki i zwalczający nacjonalizm.
Dwie literatury
Literacka fobia Łukaszenki na pierwszy rzut oka może się wydawać kuriozalna. Na dobrą sprawę każdy przeciętny obywatel Republiki Białoruś może dziś przecież zajrzeć do Internetu i za pośrednictwem portali tworzonych przez mieszkających za granicą rodaków wyrobić sobie własne zdanie na temat narodowego piśmiennictwa, zupełnie innego od lansowanych przez Mińsk produkcyjniaków. Rzecz przestaje dziwić, kiedy uświadamiamy sobie, że głową państwa naszych wschodnich sąsiadów jest były politruk KGB i dyrektor sowchozu. Mentalnie Łukaszenko tkwi w epoce głębokiego ZSRR, której luminarze mieli do słowa drukowanego stosunek niemalże religijny, a w pisarzach widzieli inżynierów dusz. Łukaszenko otacza się więc inżynierami z minionych czasów, a niepokornych tępi. Działający pod auspicjami władz związek literatów przypomina oddział geriatryczny – dominują w nim twórcy z pokolenia prezydenta (rocznik 1952) lub starsi, zaś przedstawicieli „prawomyślnej” młodzieży literackiej można policzyć na palcach obu rąk.
Właściwie należałoby więc mówić o dwóch rodzajach współczesnej literatury białoruskiej, ale granicą między nimi nie jest metryka, lecz stosunek do Łukaszenkowskiego reżimu. Niezależni pisarze białoruskojęzyczni praktycznie zeszli do podziemia lub wyemigrowali i znaleźli się w dziwacznej sytuacji, nie mającej odpowiednika we współczesnej Europie. Spoczywa na nich romantyczny obowiązek wobec ojczyzny, ciężar ratowania tożsamości narodowej, a oni sami traktowani są jak wieszcze. Opozycyjni literaci pełnią więc rolę kustoszy tradycji, ale jednocześnie są prozachodni i proeuropejscy. Andrzej Chadanowicz (rocznik 1973), znany poeta, tłumacz i historyk literatury z Mińska, uważa, że pisarz pozostał na Białorusi tym, kim był w Europie w XIX wieku, czyli posłannikiem słowa, wiodącym rząd dusz. „U nas od współczesnego autora po dawnemu oczekuje się odpowiedzi na fundamentalne pytania: jak postępować w danej sytuacji. Ja czuję się po trosze kaznodzieją, naukowcem, filozofem-futurystą, który zagląda w przyszłość, po dawnemu formuję narodową tożsamość, robię to, co robili parę setek lat temu pisarze na zachód od Białorusi”.
Na spotkania, często będące jedyną formą kontaktu autora z czytelnikami oraz możliwością nabycia jego książek, przychodzi nawet kilkaset osób. Wieczory autorskie organizowane są – tak jak w Polsce w czasie stanu wojennego – w prywatnych domach. Z pewnością dla części uczestników udział w imprezach literackich jest formą oporu i walki z dyktaturą, a literatura ma znaczenie drugorzędne. Świadczy o tym choćby pogrzeb wybitnego opozycyjnego prozaika Wasila Bykaua (1924-2003), autora słynnej powieści Ściana (wydanej także po polsku), który zgromadził wielotysięczny tłum i przerodził się w antyreżimową demonstrację.
Białoruski Giedroyc i Sokrates
Mogłoby się więc wydawać, że to niemalże archaiczne rozdarcie pisarzy związane ze służbą wobec narodu zepchnie literaturę kraju nad Niemnem na artystyczne manowce, ku nieskrywanej radości Aleksandra Łukaszenki i jego czynowników. Nic bardziej mylnego, najnowsza literatura białoruska, czy raczej białoruskojęzyczna, ma się całkiem dobrze i skutecznie walczy z syndromem lokalnego getta. Parafrazując polskiego klasyka, można powiedzieć, że białoruskim twórcom udaje się pisać o porach roku, a nie tylko o Białorusi oraz kontestowaniu Łukaszenki. Powyższe uwagi nie dotyczą oczywiście produkcji „pisarzy-patriotów”, którymi za parę będą się interesować co najwyżej myszy i pająki. Sęk w tym, że przeciętny Europejczyk o piśmiennictwie znad Prypeci i Dniepru ma pojęcie bardzo mgliste. Przyczyny takiego stanu rzeczy są złożone i nie da się ich wytłumaczyć niewielkim zasięgiem języka białoruskiego, którego znajomość na całym świecie deklaruje około 9 milionów osób. Dla czytającej Europy Białoruś to literackie antypody. Póki co takiej sytuacji nie były w stanie radykalnie odmienić ani działalność emigracyjnych literatów, ani oryginalne inicjatywy w rodzaju translatorskich seminariów Villa Sokrates, organizowanych na Białostocczyźnie przez polskiego Białorusina Sokrata Janowicza (rocznik 1936), cenionego prozaika i eseistę. Trzeba jednak przyznać, że od kilku lat przynajmniej w Polsce jest pod tym względem coraz lepiej. Nie wynika to tylko z tego, że na Białostocczyźnie mieszka około 300 tysięcy Białorusinów, którzy stanowią naturalne zaplecze dla ekspansji piśmiennictwa z Grodna i Mińska. Świetną wizytówką literatury i kultury białoruskiej jest odbywający się w Gródku festiwal rockowy Basowiszcza oraz działalność mieszkającego w okolicy wybitnego malarza Leona Tarasewicza. Gromadzące co roku kilkunastotysięczną widownię Basowiszcza uznawane są za największą i najważniejszą białoruską imprezę muzyczną na świecie. Na leśnym uroczysku Boryk występują zespoły śpiewające po białorusku, które administracja Łukaszenki skazała na drugi obieg, zamykając artystom dostęp do rozgłośni radiowych, studiów nagrań i sal koncertowych. W repertuarze wykonawców często pojawiają się utwory niezależnych poetów i prozaików. Z kolei Leon Tarasewicz w pobliskich Waliłach prowadzi nieformalną placówkę przypominającą paryski Instytut Kultury Jerzego Giedroycia. Jego dom i pracownia w wyremontowanym własnym sumptem drewniaku po dawnej szkole stoją otworem dla artystów. To dzięki jego wsparciu działał kultowy zespół rockowy polskich Białorusinów – hardcore’owa formacja R. F. Braha. Basowiszcza, Tarasewicz, ukazujące się kiedyś w Białymstoku pismo „Kartki” czy olsztyńska Borussia przetarli szlaki dla nowej literatury zza Bugu, która coraz skuteczniej przebija się do świadomości polskich odbiorców.
Zaczynając od Ściany
Czytelnikom, którzy dopiero przymierzają się do lektury „nowych Białorusinów”, zalecałbym jednak na początek lekturę Wasila Bykaua, ojca duchowego literackiej młodzieży. Ten cudownie uratowany z ran odniesionych na frontach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej weteran Armii Czerwonej już w latach 60. rzucił rękawicę systemowi. Zbuntował się przeciwko obowiązującej poetyce socrealizmu i pisał tak, jak czuł. Bohaterami jego opowiadań i powieści byli zwykli żołnierze, ludzie z krwi i kości, dla których wojna była uwikłaniem i wielkim dylematem moralnym. Byli heroiczni, ale ich heroizm nie miał nic z pomnikowej służby socjalistycznej ojczyźnie, której obraz utrwalali koledzy po piórze. Jak zauważył Sokrat Janowicz, Bykaua interesował „atom wojny”, prosty, szary człowiek postawiony w sytuacji skrajnego zagrożenia, skonfrontowany ze śmiercią, głodem, zbrodnią. Żaden z radzieckich literatów nie odważył się tak pisać o wojnie.
W opowiadaniu Na Czarnej Porębie zamieszczonym w tomie Ściana Bykau przypomina pomijany przez Łukaszenkowskich dziejopisów epizod białoruskiej partyzantki walczącej z Armią Czerwoną. Okrążony przez bolszewików leśny oddział podejmuje decyzję o zbiorowym samobójstwie. Los żołnierzy Brygady Słuckiej symbolizuje tragedię narodu, ale Bykau nie epatuje emocjami. Napisane oszczędnym, precyzyjnym, niemalże suchym językiem opowiadanie przypomina reporterską relację w gazecie, jaka zwykle puentuje mało istotne wydarzenia. Bykau sprowadza tę makabryczną historię do dziennikarskiej narracji po to, żeby unieśmiertelnić swoich bohaterów. Umarli, ale ich odejście nie było apokalipsą, świat się nie skończył, Białoruś żyje.
Borges i Cortázar z Mińska
Do naszych księgarń trafiły niedawno dwa tytuły, które tak jak Ściana mogą uchodzić za literacki towar eksportowy Białorusi. Nakładem Oficyny 21 ukazała się książka Adam Kłakocki i jego cienie Ihara Babkaua (rocznik 1964), którą obwołano pierwszą białoruską powieścią postmodernistyczną, samego zaś autora, filozofa, tłumacza, undergroundowego rockmana i włóczęgę, porównywano do Cortázara i Borgesa. W ojczyźnie autora publikacja nie trafiła do normalnej dystrybucji. Żeby uniknąć ingerencji cenzury, której podlegają tytuły wydane w nakładzie 300 egzemplarzy, wydrukowano ich 299. Kopiowana na ksero powieść krąży po kraju, odczytywana jest jako zapis doświadczeń zapomnianej przez świat części Europy i pamflet na reżim Łukaszenki. Termin „powieść” nie do końca oddaje charakter tej kunsztownie skomponowanej książki. To literacki palimpsest osnuty na dziejach tytułowego bohatera, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku „dzielnego światowca i encyklopedysty”. Autor bawi się słowem, cudownie żongluje konwencjami, miesza style i gatunki, mamy tu fabułę, dziennik, traktat filozoficzny, rozprawę o naturze historii i bildungsroman w jednym. Babkau posłużył się postmodernistycznym schematem, ale jego powieść nie ma nic wspólnego z postmodernizmem w zachodnim (i polskim) wydaniu. Prawie niezauważalnie połączył tradycyjną, dziewiętnastowieczną narrację rodem z Dostojewskiego, Czechowa i Gogola z dekadencją zachodniego piśmiennictwa przełomu XX i XXI wieku.
Adam Kłakocki jest też wielowarstwową opowieścią o Mińsku – pogrążona w rozkładzie stolica symbolizuje kondycję całego państwa.
W podobne rejony wyobraźni przenosi czytelników Artur Klinau w wydanym przez wydawnictwo Czarne eseju Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca. Białoruski prozaik (rocznik 1965) napisał historiozoficzny bedeker po Mińsku. Topografię białoruskiej stolicy czyta przez pryzmat Utopii Morusa i Miasta słońca Campanelli, historii Europy Środkowo-Wschodniej oraz własnych wspomnień z czasów Breżniewowskiej „małej stabilizacji”. Można czytać Przewodnik jako nostalgiczną wyprawę do świata dzieciństwa i filozoficzną refleksję na temat dekoracyjnych aspektów architektury i urbanistyki socrealizmu. „Społeczeństwo Szczęścia mogło zmaterializować się jedynie w postaci estetyki Szczęścia, jak potężna, ale płaska dekoracja na granicy Utopii i Rzeczywistości, poprzez wspaniałe kolumnady, z której ziała przejmująca, bezdenna pustka Wyspy, której nie ma” – pisze Klinau. Paradoksalnie estetyzuje swój rodzinny Mińsk, którego monumentalne gmachy i przestrzenie kojarzą się z sennymi pejzażami de Chirico. Klinauowi udało się połączyć wschodni witalizm z zachodnim spleenem. Jego bohater ma coś ze słowiańskiego wajdeloty, Baudelaire’owskiego flâneura, zafascynowanego czasem, przestrzenią i tradycją, w której przyszło mu żyć, niespiesznego miejskiego włóczęgi z Pasaży Waltera Benjamina.
Macho rozjechany przez traktor
Żeby mieć pełniejszy obraz problemów, którymi żyje współczesna literatura naszych wschodnich sąsiadów, trzeba sięgnąć po kolejne tytuły. Można zacząć od napisanej jednym zdaniem historiozoficznej powieści Kochać noc – prawa szczurów Jury Stankiewicza, zawierającej pesymistyczną prognozę losów Białorusi. Potem po Muzykanta, którego autor Uładzimir Niaklajeu prezentuje rozerotyzowany thriller romansowo-polityczny, rozgrywający się na Białorusi w latach 90. ubiegłego wieku. Wielbicielom Toporowskiego humoru polecam nowele Franciszka Chłusa i Marcina Jura Nieboskie stworzenia Białorusi.
To zgrabnie skrojone bestiarium jest tyleż literacką zabawą, co pamfletem na białoruską rzeczywistość.
I wreszcie nie można przeoczyć feministycznej powieści o toksycznym związku machopodobnego wykładowcy akademickiego i wyzwolonej artystki, którą w finale dosłownie rozjeżdża kochanka – Podstawowy błąd Afanasija autorstwa Juhasi Kalady, powieści u nas wydanej pod tytułem Traktor. Rzecz kreowana była przez polskiego wydawcę na literacki skandal, z czym polemizowała sama autorka, notabene okrzyknięta „białoruską Masłowską”. „Pochodzę z inteligenckiej rodziny, skończyłam dwa fakultety (prawo i historię), jestem młodą dziewczyną i największy skandal był taki, że mając takie podłoże, napisałam książkę nie po rosyjsku, ale po białorusku. Bo uważało się, że jak po białorusku, to o jakichś bagnach, kołchozach musi być. Oprócz tego były oczywiście jeszcze skandale miłosne, ktoś tam się odnalazł w postaci, którą opisałam w książce, ktoś zareagował na mój opis środowiska akademickiego. Parę osób się wściekło. (…) A ja po prostu slangiem białoruskim opisałam młodych ludzi – tak autorka tłumaczyła się na łamach krakowskiego dodatku „Gazety Wyborczej” Piotrowi Mareckiemu.
Traktorowi wiele można zarzucić. Można rzec, że młoda autorka (rocznik 1981) poległa od własnej broni. „Slangowatość”, banalność, uproszczenia i skrótowość to podstawowe cechy tej książki. Autorka ma zmysł obserwacji i słuch językowy, ale nie potrafi przełożyć tego na coś więcej niż obyczajowe obrazki.
A jednak Traktor to książka znacząca, kolejny dowód na to, że literatura białoruska wychodzi z rustykalno-kołochozowych klimatów.
Można rzec, że wachlarz problematyki podejmowanej przez białoruskich pisarzy jest tak duży, jak ignorancja Europy, która traktuje Białoruś jak skansen – obyczajowy, gospodarczy, polityczny i literacki. Młodzi pisarze z Mińska, Homla, Grodna i Brześcia żyją takimi samymi sprawami, co ich rówieśnicy zza Bugu. A w wielu wypadkach są o wiele bardziej wyrafinowanymi postmodernistami i oryginalnymi twórcami. „Biełarusy” potrafią pisać. Ich piśmiennictwo powinno jak najszybciej wejść do międzynarodowego obiegu. W dziedzinie literatury Białoruś jest częścią Europy. Najwyższa pora żeby Europa zaczęła ją czytać.
Tekst jest zmienioną i rozszerzoną wersją artykułu „Literatura w cieniu satrapy”, który ukazał 24.10.2008 się na łamach „Kultury”, dodatku do „Dziennika”.
- Żaden użytkownik nie skomentował tego artykułu


