Serbia – bliska zagranica
Pod koniec listopada 2010 roku prezydent Serbii Boris Tadić gościł w Moskwie. Poza spotkaniami z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem oraz premierem Władimirem Putinem udzielił również wywiadu dla kanału telewizyjnego Russia Today – moskiewskiej, anglojęzycznej telewizji nadającej nieprzerwanie przez 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Rozmowę prowadziła jedna z czołowych dziennikarek tej stacji – Sophie Shevardnadze1. Boris Tadić, mówiący nienaganną angielszczyzną, odpowiadał na pytania dotyczące Kosowa, Unii Europejskiej, osądzenia zbrodniarzy wojennych, stosunku Serbii do Stanów Zjednoczonych i – co zrozumiałe zważywszy na okoliczności – braterstwa z Rosją. Odpowiedzi prezydenta Tadicia były bardzo wyważone i głęboko przemyślane. Starał się zaprezentować oficjalne stanowisko swojego kraju z godnością i bez zbędnych emocji, a tych w ostatnim dwudziestoleciu w Serbii, jak i w całej byłej Jugosławii nie brakowało.
Największą część wywiadu stanowiła sprawa Kosowa. Prezydent Tadić wypowiedział się jasno, że nie jest to sprawa pomiędzy Serbią a Kosowem, lecz pomiędzy Serbami a Kosowiańczykami. Ten niezgrabny twór językowy, którym się posłużyłem zamiast najczęściej używanego w Polsce zwrotu kosowskimi Albańczykami, też jest pewnym świadectwem w tej kwestii. Belgrad konsekwentnie nie uznaje „jednostronnej” deklaracji niepodległości Prisztiny i stoi na stanowisku, że Kosowo nie miało prawa oderwać się od Serbii. Wiele krajów uznało niepodległość Kosowa, jednak nawet członkowie Unii Europejskiej nie są w tej kwestii zgodni. Tadić jest realistą i wie, że nieuznawanie przez Rumunię, Grecję i Hiszpanię niepodległości Kosowa nie jest gestem solidarności z Serbią, lecz odpowiedzią na własne problemy i politykę tych państw. Hiszpania nie może uznać tej secesji, ponieważ sama nieustannie zagrożona jest widmem rozpadu terytorialnego, z czego wystarczy przywołać choćby separatystyczne dążenia Kraju Basków i Katalonii. Natomiast Grecja, będąc od wielu lat w konflikcie z Turcją, nie uznaje wspieranej przez ten kraj agresji na Cypr i podziału wyspy. Dlatego reprezentując konsekwentne stanowisko w tej sprawie, nie mogła zaaprobować oderwania przez kosowskich Albańczyków, będących muzułmanami, części prawosławnego kraju, jakim jest powojenna Serbia. To tylko niektóre motywacje. Jak skrupulatnie wyliczył Tadić, ze 190 członków Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych „jedynie” 60 uznało niezależność Kosowa. W tym kontekście ważne wydają się również liczby przytoczone przez Sophie Shevardnadze – w roku 2008 70 procent Serbów wskazało na Kosowo jako najważniejszy problem Serbii, zaś w roku 2009 podobnie wskazało jedynie 6 procent badanych. W tym kontekście prezydent Tadić mówił o innych problemach, z którymi przychodzi zmagać się serbskim obywatelom na co dzień. Kryzys gospodarczy, bezrobocie, przestępczość, brak perspektyw – taka retoryka wypowiedzi Borisa Tadicia przypomniała mi rozmowy z moimi serbskimi znajomymi, jakie odbywałem przed kilkoma laty. Jednak w diagnozie prezydenta zabrakło jednego jeszcze ważnego szczegółu. Moi serbscy przyjaciele czuli się napiętnowani w Europie i szalenie osamotnieni. Wielokrotnie powtarzali, że nie wszyscy podzielali w Serbii poglądy prezydenta Miloszevicia. W Belgradzie moi gospodarze pokazywali mi gwizdki, flagi i megafony, którymi protestowali na demonstracjach przeciwko polityce zbrodniczego prezydenta. To jedno z obliczy Serbii, jakie mi przedstawiono w roku 2006. Wielu moich rozmówców zdziwiło się, że przyjechałem do Belgradu z czeskiej Pragi autostopem, potrzebując jedynie paszportu Rzeczypospolitej Polskiej. Jako komentarz usłyszałem, że młody Serb potrzebuje wizy w paszporcie nawet żeby pójść do toalety. Większość moich rozmówców opowiadała się za pełną integracją Serbii z Unią Europejską, uznaniem serbskich zbrodni i osądzeniem winnych. Jednak, będąc w Belgradzie, miałem możliwość poznania również ludzi o innych poglądach. Kilku moich rozmówców nieustannie mówiło o Wielkiej Serbii i o krzywdzie, jaką wyrządzili jej Bośniacy, Chorwaci, Słoweńcy i Albańczycy. Nazywali ich niewdzięcznikami, którym Serbia przekazała cywilizację, a oni później Serbię zdradzili. Pokazali mi również nagrania z pierwszej parady równości zorganizowanej w Belgradzie. Chaos, płonące samochody, regularne bitwy z policją i popi błogosławiący i prowadzący do ataku na pokojowych manifestantów i policję zjednoczone siły pseudokibiców Crvenej Zvezdy i Partizana Belgrad. To obraz, który zapamiętałem z tych nagrań. To, co dla mnie było szokiem, dla nich było powodem do dumy. Przeżyłem zatem coś w rodzaju déjà vu, kiedy zobaczyłem, jak przebiegała tegoroczna parada równości w Belgradzie. Dla moich radykalnych rozmówców odpowiedzią na samotność Serbii w Europie byłby bliski sojuszu militarny i gospodarczy z Rosją – krajem, który z Serbią łączą wiara i słowiańskie pochodzenie.
Wypowiedzi prezydenta Tadicia o nieustającym i niezmiennym braterstwie z Rosją były zdecydowane, ale i zdecydowanie ogólnikowe. Serbia, podobnie jak i inne kraje naszego regionu, jedzie na tym samym energetycznym wózku i każdy prawie polityk Europy Środkowo-Wschodniej jadący do Moskwy zdaje sobie sprawę ze swojej zależności. Rosja potrzebuje sojuszników, jednak jej interesy są w pełni zabezpieczone, ponieważ podpisała w zeszłym roku niezwykle korzystny dla Gazpromu kontrakt z Serbią i nic w tej sprawie w najbliższym czasie się raczej nie zmieni. Również stanowisko Moskwy względem Kosowa jest po linii Belgradu, ale podobnie jak w przypadku innych państw wynika to z problemów wewnętrznych, a nie z bezinteresownej miłości do Serbii. Tadić świetnie zdaje sobie z tego sprawę, dlatego dla niego uznanie braterstwa z Rosją zdaje się mieć większe znaczenie dla polityki wewnętrznej niż zagranicznej. Bez poparcia własnych obywateli, z których wielu darzy wielkim sentymentem Rosję, nie uda mu się przygotować akcesji z Unią Europejską. Negocjacje te nie będą łatwe i zapewnie nie potoczą się błyskawicznie. Tadić zdecydowanie chciałby widzieć swój kraj w gronie zjednoczonej Europy. Jednak mówiąc o akcesji, podkreśla, że będzie to możliwe jedynie z Kosowem jako integralną częścią Serbii, natomiast większość krajów europejskich już dawno uznała niezależność Prisztiny.
Terminu bliska zagranica używają Rosjanie na określenie krajów dawnego Związku Radzieckiego, ale również czasem na określenie zależnych od ZSRR krajów dawnej demokracji ludowej. Jugosławia była ewenementem w bloku wschodnim, udanie balansując pomiędzy Wschodem a Zachodem. Serbia, kokietując Rosję, stoi dziś również u drzwi Unii, lecz jaką pójdzie drogą, tego nie wiem. Wizerunek Serbii w Europie nie należy do najlepszych i żaden, nawet najlepszy wywiad prezydenta Tadicia dla kremlowskiej telewizji tego nie poprawi. Sceny z zamieszek w Belgradzie dużo łatwiej przebijają się na pierwsze strony gazet i goszczą w dziennikach europejskich niż pokojowe wysiłki Belgradu. Kraj ten, chcąc wejść do Europy, musi w pierwszej kolejności ułożyć sobie relacje z sąsiadami. Złożenie przez prezydenta Tadicia kwiatów pod pomnikiem ofiar masakry w chorwackim Vukovarze to ważny gest wyznaczający drogę, którą Serbia powinna podążyć. Serbowie jedynie poprzez pojednanie z Chorwatami, Bośniakami i właśnie kosowskimi Albańczykami mogą wzmocnić swoją pozycję w Europie. Bez zrozumienia tego szanse Serbii na wejście do zjednoczonej Europy są minimalne. Jedynie pokojowe i konsekwentne współdziałanie narodów byłej Jugosławii może sprawić, że Europa przychylniejszym okiem spojrzy na cały ten region.
[1] Wywiad dostępny jest na stronie: http://rt.com/programs/interview/president-serbia-kosovo-independence/
- Żaden użytkownik nie skomentował tego artykułu


